Powojenna gospodarka

Fragmenty do słuchania

Tadeusz Brzeziński

Florian Klijewski

Anna Marcinkowska

Fragmenty do czytania

Bogusław Szumowski

Był prywaciarz, Jastrzębski, już go załatwili, pijalnię już mu zabrali, bo przecież to miało być wszystko uspołecznione za PRL-u. Bo prywaciarz – to jest oszust i bandyta. To potem miał „Matysiaki” Jastrzębski. No i już tak drążyli mu, żeby alkoholu mu nie dać. A jeszcze Jastrzębski taki gruby był, i tylko na tych cienkich nóżkach ledwo się poruszał, to tak, jak te karykaturę rysowali z początku o bogatym, że musiał mieć duży brzuch, sam szeroki, i krzywe cienkie nóżki. Potem wszystko tak podatkami obłożyli, że nie było wyjścia. Nie miał pieniędzy, czym zapłacić, to trzeba zamykać. I oddał ten lokal, pomimo, że to był przez niego zajęty. – Daj spokój, już nic nie chcę. Tak powiedział. Takie dali wtedy podatki.

Bogusław Szumowski

My wozili mleko do hotelu. Brał 20 przeszło litrów mleka na raz, hotel. Jeszcze gdzieś, jeszcze gdzieś. No i resztę dawało się na wirówkę, na centryfugę, centryfuga po niemiecku to się nazywało, i na śmietanę. I przychodziła taka kobieta z Krzyża, kupowała, handlara, i wiozła tę śmietanę do Poznania, i tam zarabiała. A potem musieli my sami masło robić, sery, jaja. No ale to do Poznania znowuż bilet kosztuje, i to jak za cały tydzień, to tyle serów, że ja ledwo udźwignąć mogłem. No a lodówek przecież tu nie było, ni zamrażarek, niczego. A 30 stopni, weź pani masło przewieź, to ono płynie! To w liście od kapusty się zawijało. Pomagałem matce, jak jechała na Jeżyce, jak wielki upał, to nie mogłeś wytrzymać od gorączki. To szybko tylko jak dojechała, to przy tramwaju stała handlara z Poznania: – Oj kochani, kochani, dobrze, że przyjechaliście. No bo ona będzie miała zarobek. – No to bierz wszystko, bo cieknie mnie z koszyka. Masło się rozpuści na wodę. To jaj ze 180, serów z 35 kilo, masła z 20 kilo… No i sami wszystko, jak było nas przecież tyle chłopaków, to trzeba było. Potem przyszła melioracja, to tu zamieszkali oni u brata na mieszkaniu, wydzierżawił im mieszkanie, to przychodzili po maślankę. To tyle i tyle za litr, żeby tylko im zbyć. A świnie to ludzie kupowali, przyjeżdżali, bo przecież w sklepie było drogie, jak cholera drogie, w sklepie rzeźniczym. To kupowali ludzie, sami umieli sobie zabić, robili wyroby.

Bogusław Szumowski

Moi rodzice potem sklepu nie mieli, ale gospodarka była. Ale mama była pierwsza w Krzyżu, że prowadziła ogrodnictwo. To cały ten kawałek, gdzie teraz jest wielka trawa, aż tam, do drogi, to były ogrody, warzywa. Ogórki, marchew, kalafiory, kapusta, szpinak, pietruszka, ach! Matka już wiedziała, jak ludziom dogodzić, bo miała przez 20 lat sklep, a nigdy usta nie zamykały się, zawsze trajkotała i trajkotała z ludźmi, i jak nie kupiła, to zachwaliła i tak czy inaczej sprzedała. Że to jest od tej choroby, a to od tamtej choroby. A jak wiosna wczesna, już luty, marzec, kwiecień, to miała wszystkie nasiona. To był taki sklep z nasionami. Pojechała do Poznania, zawsze miała dużo ogórków nasion, a ogórki to są najdroższe. No i teraz worek taki, poszyte worki były, trzeba były rękawniki mieć na rynku, żeby to z klasą wyglądało. Łyżeczka tych nasionek kosztowała złotówkę. Osobno trzeba było wszystko zawijać. A sprzedawali książki po wojnie: Sienkiewicza, całą trylogię. Tylko była na takim jak gazeta papierze, gazetowa. Okładka była pod psem, a gdzie ty taką widziałeś okładkę świecącą! Wszystko było w szarych kolorach, bo to tak jak w Chinach ubiory – to było socjalistyczne, że była równość. No i nie było w co zawinąć, nie było torebki foliowej, nic, no to normalnie listonosz: 2 złote „Krzyżacy” Sienkiewicza. I tytka, raz zakręcona, i jest. Trzeba było 10 nasion dać, osobno, każde inne, to 10 kartek poleciało, po jednej na tytkę. A z Huty przyjechali, z Wizan przyjechali: – Oj, kochana, dobrze, że jesteś, bo nasiona nie ma!

Helena Bartnicka

Byli prywatni rzeźnicy, byli prywatni, a potem, jak już te komunistyczne władze przyszły, to spółdzielnie otworzyli. Ale byli prywatni, i u tych prywatnych się dobrze kupiło. A potem zaraz wszystko malało, i spółdzielnie się robiły. Sklepy państwowe się robiły. Ludzie stali za tym mięsem. Nie wszyscy sobie tam coś chowali. Było trochę na kartki. Ja za tym nie stałam, bo ja miałam zawsze mięsa trochę swego, świnkę sobie chowałam, tak, że za te kartki to sobie cukier wybrałam, coś w zamian. Nie chodziłam za tym. Bo tu jechali aż do Poznania. Ja raz tylko pojechałam do Poznania ze sąsiadką po mięso.

Cecylia Tomaszewicz

Sąsiad ten, co z nami mieszka, pochodzi z poznańskiego, z okolic Wronek, Wronki, Szamotuły, tutaj gdzieś. Następni sąsiedzi byli od Lwowa gdzieś, Stanisławów, Tarnopol, z tamtych stron. I dalsze tak samo. Teraz już jest więcej ludzi, bo tu już naprzychodziło, nabudowali się. A najwięcej ludzi zaraz po wojnie przyszło z okolic tutaj Drawska, bo to blisko, z okolic Wrzeszczyny. Ci, co blisko mieszkali, a mieli rodziny dosyć liczne, więc przywędrowali tutaj, szukając pracy. Na kolei była praca, to raz, była fabryka mebli, bardzo dużo ludzi pracowało. Była wytwórnia betonów, była roszarnia w Drawinach. Tak, że pracy ludzie trochę mieli. A ci, co nie pracowali, to różnie sobie radzili. Właśnie najwięcej to dorabiali ci, co mieli trochę wolnego. Jak przyszedł sezon lnu rwania, konopi, czy wykopki. Każdy tak jakoś się starał, żeby sobie to życie jakoś ulżyć, żeby dzieci miały co jeść i w czym chodzić.

Zofia Golsztajn

My już byli dwa lata tam w Austrii, to już człowiek był przyzwyczajony. Jeszcze wciąż myśleliśmy, że pojedziemy tam na swoje, ale ten Ruski powiedział: – Zdies tiebia głaza prysypiat’ piesoczkiem. To znaczy, oczy przysypią tobie tym piachem. No bo tam na wschodzie to u nas czarnoziem. Nie ma piachu. A tu piaski. Nie jest ziemia taka urodzajna jak u nas tam na wschodzie.

Irena Helak

Tu w Krzyżu w 1946 roku też jeszcze byli jacyś Niemcy. Ja jeszcze pamiętam, że tu Niemcy byli w Krzyżu, raz widziałam tak na wózku, tak mieli wypakowane, jechali na stację chyba. A ludzie mówili, że były jeszcze takie baraki, i takie domy pobudowane, takie glinianki, i tam ci Niemcy z miasta mieszkali. Te glinianki stały jeszcze, jak my przyszliśmy.

Irena Helak

Z początku nie było sklepu, nie poszło się mleka kupić. Nie było sklepów z mlekiem. Jak pamiętam córka się urodziła, to z domu, od mamy mleko czy masło przywoziłam. W sklepie się przecież masła nie kupiło. Po wszystko się na rynek szło, po śmietanę, wszystko na rynku. Na rynkach najbardziej ci ze Wschodu stali. Sklepy z chlebem były. I na kolei my dostawali takie, czy to z Ameryki, czy z kędy poprzychodziło – nie wiem, jak to się nazywało, takie białe, że pączki się na tym piekło. I ile tam na tej kartce było, to tam się szło, i cukier my też dostawali tam jakoś, też na te kartki. Tak samo się w kolejkach na kolei stało, taki był przydział. I oliwę my dostawali. Były takie punkty na kolei, i do tych punktów w jakichś godzinach się szło, kolejarze szli. Na osobę było dawane tyle a tyle.

Józefa Klijewska

W końcu musieliśmy wyjechać. I to tak było – wszystkośmy stracili, to, cośmy mieli, cały dorobek życia mego ojca, mojej mamy. Miałam 15 lat, jak wyjechaliśmy z Czortkowa. Jechaliśmy w potwornych warunkach, do zapłakania. Jechaliśmy w wagonach otwartych, bydlęcych. Przez dwie noce i dwa dni przewieźli nas tyle kilometrów, aż za Brzeg, na stronę niemiecką. To były Popielice, pamiętam jak dziś, jak się nazywały. Tam nas wysadzili na pustym polu, to była stacja przejezdna. Tam było bardzo dużo ludzi, strasznie dużo ludzi z bagażami, z tym wszystkim, cośmy wieźli. Deszcz padał, zimno było, bo choć to był czerwiec, jak ten deszcz padał, strasznie było zimno. Dzieci mokły, ani to gdzie się schować, ani nic. Chcieliśmy się tam osiedlić, ale okazało się, że ta wioska, która tam była, to z niej Niemcy jeszcze nie wyjechali wszyscy, to raz, a po drugie – niektórzy się kryli po lasach w dzień, a na noc wracali. Każdy się bał. Nie wiem, czy ktoś się tam osiedlił. Nasz ojciec załatwił z tą całą władzą, z tym wojskiem – bo to wojsko nas wiozło, Rosjanie – i wróciliśmy do Tarnowa. Bo byliśmy rejestrowani do Tarnowa, a oni nas bezpośrednio tranzytem zawieźli aż na niemiecką stronę! Jechaliśmy do Tarnowa cały miesiąc. Po drodze stawaliśmy dla żywności na bocznych torach, jak większa stacja była, nieraz dzień, dwa staliśmy. Były różne zdarzenia w tej podróży, człowiek się bał wyjść, bo ja już byłam taką panienką, 15 lat miałam. Człowiek musiał uciekać nieraz przed żołnierzami, przed Ruskimi. To było straszne, nie do powiedzenia, i to było w Polsce już! Jak dojechaliśmy do Tarnowa, okazało się, że dla ojca nie ma pracy. Ale na razie trzeba było gdzieś się osiedlić, żeby coś innego poszukać. Naprzód w magazynie takim dużym byliśmy z ludźmi na stacji, tam mogliśmy przenocować. W końcu ojciec poszedł do miasta i przekonał się, że tam, gdzie mieszkali Żydzi, na Wałowej, tam jest wolny budynek. Jakoś tam mieszkaliśmy. Byliśmy tam niecałe dwa miesiące, nie było ani pracy, ani pieniędzy. Wtedy ojciec sprzedał szafę, żeby mieć polskie pieniądze, bo nam nikt nic nie dał. To było najgorsze, że nas stamtąd wysiedlali, a ani grosza polskich pieniędzy nie dostaliśmy, choćby żeby chleb kupić. A przecież dzieci dwoje małych chciało jeść, trzeba było mleko kupić, cokolwiek do jedzenia. To ojciec sprzedał tę szafę, i za tę szafę myśmy się przez miesiąc przemęczyli. I ojciec mówi: nie, jedzie szukać gdzieś miejsca. I przyjechali z wujkiem właśnie tutaj, do Krzyża, ojciec zajął tu dom koło kościoła parafialnego, który był opuszczony. Jechaliśmy z Tarnowa do Krzyża cały tydzień. A to już było po wojnie!

Józefa Klijewska

Nie było tak źle, bo i sklepy zaraz były, i otworzona była spółdzielnia Samopomoc, to już można było coś kupić. Na rynek też już ludzie ze wsi przynosili masło i takie inne rzeczy, mleko, ser, to też już można było kupić. Tak, że nie było tak źle. O knajpach zbyt dużo nie wiem, bo to nie były żadne restauracje, tylko właśnie knajpy. Nigdy tam nie chodziłam, bo się bałam, bo przecież co to, ja byłam młodą dziewczyną, co ja miałam tam robić? Ale mężczyźni to korzystali z tego. Naprzód właśnie pana Tadzia Brzezińskiego szwagier miał taką restaurację. Później był może jeden fryzjer, jak myśmy przyjechali, Stapniewski. I jeszcze był Bilski, to było dwóch fryzjerów. Rozlewnia piwa była. Pomału to się wszystko rozkręcało. Było bardzo dużo prywaciarzy, to były takie małe budki. Nawet Kotlicki, który kiedyś był kierownikiem w sklepie Samopomocy, później wice-burmistrzem go wybrali, to on miał swój sklepik. Sklepik miała pani Wróblowa, coś już można było kupić. Nie było to tak, jak dzisiaj, ale zawsze coś było. Było coś dwóch piekarzy.

Helena Kapuścińska

Tutaj byli jeszcze Niemcy, dopiero potem powyjeżdżali. Pamiętam, że na peronie czekali na pociąg i jechali. Ale to był już tak lipiec, sierpień, już to było po wojnie, jak wyjeżdżali. Dostali zawiadomienie, że mają prawo wyjechać… Musieli tam jakieś dokumenty złożyć, że mają prawo wyjechać. Wyjeżdżali tam do Niemiec Zachodnich, tam, w te strony. Niemcy tu byli, było ich dużo. Niektórzy zdążyli uciec, a niektórzy, kto nie uciekł, starzy, to byli, ale im pozwolili potem, jak chcą, wyjechać. Ich los też nie był wesoły, a skąd! Oni to przeżywali tak, jak my przezywaliśmy ich najazd. Tak i oni przezywali ten rosyjski.

Helena Kapuścińska

Różne były te organizacje, sekretarze partii byli, ale nigdy nie spotkałam się, żeby mi ktoś powiedział: – Tobie nie wolno do kościoła chodzić, albo że twoje dzieci nie powinny. Jedyny zakaz, jaki rodzice mieli, to że nie można było brata do technikum przyjąć, bo on nie jest dzieckiem chłopa albo robotnika, taki niby ten zakaz. A tak – nie wiem, czy mieszkałam w takiej miejscowości, w której ludzie nie byli tacy wrażliwi na to, czy może w większych miastach było więcej tych partyjnych, takich, którzy zabraniali? Ale mnie nikt nie zabraniał. Namawiali mnie, że mam do partii wstąpić, ja mówię: – Nie, ja wam składkę nie zapłacę, bo ja mam dzieci, musze im masło kupić. I wciąż tak mówiłam, i ci wszyscy sekretarze to tacy byli… Znaliśmy się wszyscy, tak się zapisali, nie wiadomo po co. Ja nie mogę powiedzieć, chodziłam do kościoła, nikt mi nie zabronił. Nie miałam z tego powodu kłopotów żadnych.

Helena Kapuścińska

Parę razy byli Niemcy na naszej ulicy, oglądali nasze budynki. Nawet z nimi rozmawiałam, choć im mówię, że już dużo zapomniałam, żeby się nie przestraszyli mojego niemieckiego. Były nawet tutaj panie u mnie, miałam ciasto, zaprosiłam je. Pamiętam, dali Agatce 20 marek na wełnę dla Emilii, bo była mała. Byli, tak oglądali tutaj, przyjechali tutaj do znajomych do Drawin. Latem przyjeżdżają czasem tutaj. Już dziadkowie wnuki przywożą, pokazują, gdzie mieszkali, i mówią: – Och, jak się ta ulica zmieniła. Rzeczywiście, bo tu takie duże drzewa były, a wszystko wycięte, nowe chodniki, nowe okna. Tak tu się wszystko zmieniło, się dziwią. Do kościółka tutaj idą zobaczyć, i oglądają. Rozmawiałam z nimi, i mówił mężczyzna, że oni tu mieszkali, ojciec był konduktorem, do Wałcza, do Deutsche Krone jeździł, był konduktorem. Czasem przyjadą.

Helena Kapuścińska

Taki był tutaj pan Sopuszyński, pierwszy rzeźnik, myśmy do niego zawsze chodzili. Potem Musiał, co tam miał koło Matysiaków piekarnię. Oni z Drawska przyszli; ci, co tak tu blisko mieszkali, to się tutaj przenosili, prosili komendanta wojennego o towar, bo przecież ciężko było o mąkę, o wszystko. Potem pani Ziglewska miała drogerię, ale ona już to chyba w PSS-ach pracowała, to nie była jej własna drogeria. Jak poprzychodzili tu ze Wschodu, to zaraz się otwierały takie małe sklepiki. tu, gdzie biblioteka teraz jest, tam naprzeciw było „Wstąp na chwilę”, restauracja. A tu na rogu, gdzie biblioteka, to pani Czajkowska piwo sprzedawała, była taka knajpka. I taki biznes mały, ale był. Za torami, na południowej stronie, taki był kiosk mały, jak on się nazywał? Tam też mieli wszystko, jak kolejarze dostali wypłatę, to w tym kiosku siedzieli, w takiej szopie, aż to zlikwidowali, ze względów sanitarnych. Była jakaś popijalnia, a potem, żeby nie było wypadków, żeby nie byli pijani, to zlikwidowali. Tu był piekarz, naprzeciw szkoły zawodowej. Zawsze w niedzielę się leciało po świeże bułki. Tam, gdzie teraz kawiarenka jest, to tam Płotecka miała piekarnię.

Helena Kapuścińska

Rynek był w Krzyżu od razu, jak zlikwidowali ten pomnik na rynku, to targowisko było tutaj. Potem przenieśli targowisko na Mickiewicza, teraz tutaj zrobili… Było, było targowisko, potem już ludzie zaczęli z tych wiosek wszystko przynosić, ci ze Wschodu, już obsadzili ziemię, przynosili trochę mleka, śmietanki, czasem masła, dobre masełko można było kupić… Były tam takie panie, które zawsze z kawałka próbowały i brały to masło. I tak stopniowo coraz więcej się działo. To przywozili jakieś warzywa… Przeważnie ci ze Wschodu brali te ziemie, choć te ziemie tu nic nie warte, piąta, szósta klasa. Krówki jakieś mieli, coś. Pamiętam, myśmy też nie z mleczarni mieli mleko, tylko też chodziłam nosiłam, tu do domu przywoził kany, ludzie przychodzili, kupowali od gospodarzy. Mleczarnia tyle nie nastarczała jeszcze mleka, a oni woleli sobie sprzedać tutaj, bo tu dostali dobrą cenę, a tam nie wiadomo – jeszcze nie było takiej organizacji. I masło, i serek można było dostać.

Maria Łuszczewska

Każdy sam gospodarzył. Tylko chodzili, kontyngenta trzeba było dawać. To mój mąż był sołtysem, chodził po wsi, i szukali, kto ma zboże. To ludzie chowali zboże, no bo jak? Przecież tyle zboża nikt nie miał. Każdy co miał, to sprzedał, a potem coś dla siebie trzeba było, bo gospodarka była. Albo kontyngent mięsny, świnię człowiek wychował, sto kilo, i dać mniej jak za pół darmo? Bo to na kontyngent trzeba było zdawać świnię. Od hektarów, kto hektarów ile miał, trzeba było tyle mięsa zdać. Albo i zboża. A jak nie, to płacić.

Irena Wiśniewska

Kontyngenty to nie tylko były za Niemca, to było też za Polski, już tutaj! Pamiętam, wtenczas ja w gminie byłam, mleko trzeba było oddać, ileś tam litrów od krowy, mleko i żyto. No to jak nie oddał gospodarz zboża tyle, ile trzeba, bo nieraz i nie miał, a nieraz musiał sobie trochę zostawić, to nawet byli trójki, co chodzili i szukali w domu, gdzieś w oborach, w stodole. I takie to było… To było za Polski też. Wtenczas ja w prezydium byłam. To u nas tak na przykład Przsieki, tam takie biedne ludzie mieszkali, tam przeważnie mieszkali z Sanoka, tam z Małopolski, to stamtąd, to z „Akcji W”. No to oni biedni byli, oni nie mieli tyle, to nieraz im się ostatnie zabierało. To mi się nie podobało nieraz, ale trudno, takie były rozkazy z góry, i tak trzeba było. To było odgórne. Wtenczas to tak rządziła partia, chociaż jakieś urzędy były, ale partia miała swoje.

Wiktoria Wysopal

Tych sklepów prywatnych za dużo nie było, bo to wszystko spółdzielcze było. Ta spółdzielnia tutaj – to były GS-y, i później WSS-y – to oni tym się zaopiekowali tak, że już te ludzie nie mieli sklepów. Za długo te sklepy prywatne to nie były, bo oni to nazywali, że to się bogacą, to trzeba było podatki duże płacić. I potem jak były szybko robione, tak szybko likwidowali te sklepy, bo te podatki takie były. Tak, że z tym to nie było za dobrze.

Leonarda Bołądź

Jak my mieli tu  już, jak ja przyszłam, 12 hektarów ziemi, to trzeba było kontyngent oddawać, zboże, mięso, mleko, ziemniaki. Naładujemy z mężem szesnaście worków na platformę, on układa, a ja ze strychu podaję mu na plecy. Bo windy nie było żadnej. Platforma stoi, konie założone, i na tą platformę układamy. Szesnaście worków. Zawiezie na skup – to jest kontyngent. I przywiezie czterysta złotych, a metr kosztował trzysta. To po ile, po 18 złotych metr tylko płacili! Wtedy przywiezie te pieniążki, 400 złotych dawniejszych, nie wiem, czy za maszynę zapłacić, czy podatek zapłacić, czy dzieciom do szkoły coś kupić, czy sobie coś kupić – nie wiem, co z nimi zrobić! A zboże już poszło. To Ruskie zrobili, taki porządek.  Zboże oddasz, mleko oddasz za parę groszy, ziemniaki oddasz, a z czego żyć? Przecież na to się robi, żeby żyć można było, a co zbędne, sprzedać, żeby kupić ubranie. A to nie było jak! Bo wszystko Ruskie zabiorą.

Michał Klemens

]Ja już w marcu tu byłem. W Krzyżu wtedy ani piekarza nie było, ani sklepiku, niczego. Dopiero później był pan Musiał, piekarz, i później pan Jurek, w tych kafelkach tam miał sklep rzeźniczy. Później przyjechał – już w maju był – pan Konarski, tu naprzeciwko Domu Wędkarza miał sklep masarski. To jemu wozili tam z elektrowni, tam, gdzie ja pracowałem, tam mu SOK-iści wozili jelenie. Jednej nocy mu przywieźli siedem sztuk, pieszo, na rowerach popowieszali, i to potem wieźli. A on to przerabiał i kiełbasy robił. Pyszne kiełbasy robił!

Karolina Koźlarek

Tu piach, a u nas dobra ziemia była. A tu co my mieli? My mieli same piachy. A 11 metrów zboża musieli my tutaj zdawać z początku, i kartofli 10 metrów. Potem już nie było tego, ale z początku my się narobili, nazdawali. To kontyngent był. Przyjechali my, to trzeba było się osiedlić w Krzyżu! Ale ojciec był chłop z wioski, to on na wioskę ciągnie, bo co będzie w Krzyżu robił, gdzie pójdzie do roboty?

Zdzisław Szostek

W Krzyżu jak się przyjechało, to pracy było. Było pracy, bo była fabryka mebli, a najwięcej ludzi pracowało na kolei. Później odbudowali fabrykę mebli. Na dwie zmiany pracowali na fabryce mebli. Później wybudowali betoniarnię, to część ludzi tam pracowała. W betoniarni pracowali, w porcie pracowali. A masa ludzi dojeżdżała do Trzcianki, do Piły! Pociąg był przystosowany dla ludzi pracy. O szóstej był, pamiętam, szósta dwadzieścia wychodził z Krzyża.

Zdzisław Szostek

Z początku nie powiem, że tak było źle, bo na każdej ulicy były sklepy. Sklepy były, małe, bo ci ze Wschodu jak tu przyjeżdżali, jak się osiedlali, to od razu sklepik zakładał. Było dużo rzemieślników, szewców, krawców. Cztery albo pięć restauracji było w Krzyżu w 1950 roku! Były sklepy masarnicze na każdym rogu. Towary były świeże, nie tak, jak dzisiaj, mrożonki, mrożonek nie było, bo chłodni nie było ani lodówek. Były te sklepiki, tylko później, w tych 50. latach już ta komuna zaczęła lepiej rządzić – to znaczy dla siebie lepiej, i zaczęły te sklepiki bankrutować. Podatkami ich zaczęli męczyć. Nasamprzód padły restauracje. Później padły te sklepy masarnicze. Później znowu padły sklepy spożywcze, bo GS-y zrobiły sklepy swoje, GS-owskie sklepy, to takie pół-państwowe, no i sklepy też PSS-y mieli. To takie dwa duże sklepy na Krzyż to było wszystko. A lepiej było, jak te sklepiki były małe.

Anna Marcinkowska

Był w Krzyżu tak zwany hotel – to był hotel, pokoje do wynajęcia, i tam było bardzo schludnie, czyściutko, elegancko. Jakiś pan Śliwiński to poprowadził. Takie miał eleganckie córki, umiały tak ładnie po niemiecku mówić. Gdzie tam jest fryzjer, i obok jakieś biura teraz, to tam takie kręcone schody były, i szło się do góry, i oni do góry mieszkali, a na dole mieli te swoje biura. Ale oni nie byli tu długo. On się Śliwiński nazywał, był wdowcem już, bo żona mu w czasie okupacji umarła, ino miał córki, kilka tych córek miał. I te córki tam z nim urzędowały. Potem wyprowadził się z Krzyża, z tymi córkami oczywiście razem.

Jadwiga Rutkowska

Nie było z początku prądu, to nic my nie robili w młynie, tylko tyle, że porządkowali. A później, jak już przyszedł prąd, jak już podłączyli, to młyn ruszył. Jak młyn ruszył, to kto miał  jakieś ziarno, co mógł, to wiózł, bo wiedział, że tu mu zrobią mąkę, czy mu zrobią przynajmniej taką śrutę, zawsze coś z tego będzie, jedzonko jakieś. A później nasza kochana Polska… Może by tak nie było, ale to Rosjanie rządzili, i oni później upaństwowili młyn, nie dali, żeby tu prywatnie mąż był, tylko państwo, wszystko państwo, i ten młyn został państwowy. Mąż pracował w młynie, ale tutaj znalazły się takie asy, że oni chcieli być tutaj asami w tym młynie. No i byli. Ale mąż był spokojny, grzeczny. Mieszkaliśmy tu, mąż pracował w młynie, i pomalutku, pomalutku, wziął ten młyn na własność. Ale musieliśmy państwu spłacać, i to wielkie pieniądze. Myśmy tego młyna nie dostali tak hop, tylko państwo naznaczyło nam taką i taką sumę pieniędzy, i myśmy wiele lat spłacali. Ja chowałam po tysiąc gęsi, bo mąż nie dałby rady sam z tego młyna spłacić. Po tysiąc gęsi, po tysiąc kaczek, po tysiąc indyków! Brałam pisklęta z koła takiego, sprowadzali tam skądeś te pisklęta, ja to hodowałam, bo chciałam mężowi pomóc, żeby ten dług spłacić, żeby jakoś wypłacić ten dom, a jeden i drugi dom zaraz wzięliśmy. I udało się.